Dzieci, które nie są kochane za to, że po prostu są, nie umieją pokochać siebie.
Tu jesteś: poród » w szpitalu

                                                                  Nasz synek Noe


Czas ciąży był wspaniały. Szkoła Świadomego Macierzyństwa oraz dobra znajoma, Ewa Nowakowska, bardzo mnie zmotywowały do poszerzenia horyzontów przede wszystkim związanych z tematem fizjologii ciąży i w ogóle całej tematyki związanej ze świadomym przeżywaniem nowej roli, jaka mnie czekała. Zrozumiałam, że przebieg porodu zależy przede wszystkim ode mnie, a nie od lekarzy czy położnej. Dzięki temu poród był dla mnie przeżyciem ekscytującym i radosnym, choć może nie do końca zgodnym z moimi wyobrażeniami, no ale trudno wszystko przewidzieć i zaplanować, skoro wszystko dzieje się po raz pierwszy.
 
Gdy przyjechałam do szpitala ze skurczami co 5 minut, spotkałam moją położną, Kasię Hołyńską, która widząc mój uśmiech od ucha do ucha, stwierdziła, że chyba przesadzam i moje skurcze nie są aż tak częste, ale po badaniu okazało się, że rozwarcie jest już na 5 cm, czyli poród w trakcie :) Bardzo chciałam, aby poród odbył się naturalnie, bez wspomagania oksytocyną czy cesarskiego cięcia, a ponieważ byłam 10 dni po terminie, starałam się wcześniej naturalnymi metodami wspomóc rozpoczęcie się porodu i jestem przekonana, że to pomogło. Jak starałam się przyspieszyć poród? Piłam herbatę z liści malin, stosowałam kapsułki z wiesiołka dopochwowo trzy razy dziennie, dwa razy wypiłam olej rycynowy, sprzątałam, tańczyłam. Jednak, jeśli chodzi o naturalne metody wspomagające rozpoczęcie porodu, zauważyłam, że po masażu brodawek faktycznie nasilały się skurcze. 10-go dnia po terminie, gdy zbudziłam się i stwierdziłam, że znów nie było żadnych skurczy w nocy, postanowiłam już nie tylko próbować masować brodawki, ale masować do skutku. Chciałam już bardzo urodzić. Z badania u Pani wiedziałam, że szyjka jest już skrócona, odchodził mi już też czop śluzowy kilka dni wcześniej, ale jestem przekonana, że to dzięki masażowi, który trwał kilkanaście minut, rozpoczęły się u mnie regularne skurcze, a gdy zanikały, bez problemu je ponownie "uruchamiałam" krótkim, dosłownie chwilowym masażem. Tak rozpoczął się poród.
 
Pierwszy etap porodu, od 8:30 do 14:30, spędziłam w domu licząc skurcze, słuchając muzyki i tańcząc z uśmiechem na twarzy. Poszłam też na krótki spacer do sklepu, zjadłam śniadanie i potem rosół. Jak poczułam, że skurcze przybrały na sile i bezpieczniej będzie znaleźć się w towarzystwie doświaczonej osoby, pojechaliśmy z mężem do szpitala (wprawdzie planowałam poród w domu, ale ostatecznie pomimo braku takiej możliwości z powodów ode mnie niezależnych, wiedziałam, że przebieg porodu jest w moich rękach, więc miejsce nie ma decydującego znaczenia).
 
Czas przyjęcia do szpitala i KTG były dość męczące, trwały ok. 1,5 h. W czasie badania dowiedziałam się, że położna była bardzo pozytywnie zaskoczona "jakością" szyjki macicy, zastanawiała się, czy nie dzięki wiesiołkowi, który stosowałam dopochwowo od tygodnia. Wody płodowe, pomimo 10 dni po terminie, były czyściutkie, co oczywiście mnie zbudowało. Po wejściu do rodzinnej sali porodowej odetchnęłam z ulgą, bo wiedziałam, że badania już za mną i teraz pozostaje mi tylko mój czas rodzenia i niedługo przywitam nowego członka rodziny. Na sali porodowej otrzymałam pozwolenie na rodzenie w moim własnym ubraniu, co było dla mnie miłą informacją, czułam się bardzo swobodnie. W czasie porodu niewiarygodnym wsparciem dla mnie był obecny ze mną mąż. Szczerze mówiąc, nie byłam świadoma, że tak bardzo mnie wesprze i fizycznie (np. podając ręcznik, szczotkę do masażu kręgosłupa, trzymając za rękę, głaszcząc) i psychicznie (uśmiechem czy słowami, gdy np. mówił "dobrze ci idzie" itp.). Wzięłam prysznic, położna Kasia włączyła w radiu piękną muzykę poważną i zaczęłam skupiać się na każdym kolejnym skurczu. Przy nasilających się bólach najbardziej pomógł mi przyrząd do ćwiczenia mięśni dłoni (taki, który używają osoby uprawiające wspinaczkę skałkową), mogłam go ściskać do woli, a jak się okazało - miałam taką potrzebę. Wzięłam go ze sobą, bo pamiętałam, jak Ewa Nowakowska mówiła, że potrzeba ściskania rękoma jest ogromna. Nie skorzystałam za to z przyrządu Elle Tens - testowałam go przed porodem i miałam ze sobą, ale nie byłam do niego przekonana, nie chciałam, aby zakłócił naturalne odczucia. Ewa mówiła również o tym, że jest taki moment, kiedy oczy "robią się duże" i żeby się temu poddać, żeby nie napinać mięśni twarzy i nie zaciskać oczu - to też mi bardzo pomogło. Natomiast miałam problem z oddechem, za szybko oddychałam i pomimo tego, że uczyliśmy się na szkole rodzenia, aby wydech był dłuższy niż wdech, zupełnie o tym zapomniałam przy akcji porodowej. Wtedy pomogła mi Kasia - przypomniała mi o tym i to zdecydowanie pomogło mi znieść ostatnią fazę porodu. Był jeden moment, kiedy ból wywołał u mnie łzy, ale jak zauważyłam, łzy odebrały mi siły, więc wzięłam się w garść i dałam radę już bez łez, za to z głębokim oddechem :) Był też moment, kiedy zrobiło mi się bardzo zimno, wtedy pomogły długie skarpety za kolana, dobrze, że je wzięłam.
 
W czasie skurczów starałam się znaleźć pozycję, która będzie dla mnie najbardziej dogodna do rodzenia. Najlepiej się czułam w pozycji kucznej, pionowej. Niestety badanie tętna nie było możliwe w każdym miejscu, trzeba było podejść w okolice łóżka porodowego, tak więc ostatecznie urodziłam w pozycji bocznej na łóżku, ponieważ była potrzeba zbadania tętna, a akurat zaczęły się skurcze parte. Nie czułam się przygotowana psychicznie na pozycję boczną, również fizycznie - było mi w niej bardzo niewygodnie. Trochę żałuję, że w ostatnim momencie nie postawiłam na swojej "wypracowanej" wcześniej pozycji, ale to nauczka na przyszłość. Urodziłam o 19:50. Synek urodził się śliczny. Byłam zaskoczona, że nie widziałam na nim ani krwi, ani śluzu. Po urodzeniu okazało się, że pępowina była bardzo krótka, wiec nie mogłam przystawić synka od razu do piersi. Nie miałam też pewności, czy pępowina przestała tętnić przed odcięciem. Nie pokazano mi jej, choć słyszałam, jak położne mówiły, że przestała, ale wolałabym widzieć ustanie tętnienia na własne oczy.  Byłam zdziwiona, że stało się to tak szybko. Zależało mi też, aby synek poleżał dłuższy czas na moim brzuchu przed badaniem lekarskim, aby w pierwszym rzędzie jego ciałko zostało skolonizowane przez moje bakterie, a nie bakterie szpitalne. Niestety synek został szybko zabrany. Wynik badań - 2700 wagi (zgodnie z przewidywaniem z USG), 10 pkt w skali Apgar, 48 cm. Łożysko - chciałam, aby urodziło się samoistnie, ale pamiętam, jak położna pociągnęła je już kilka czy kilkanaście minut po porodzie, wprawdzie lekko, ale niestety nie urodziło się całe i tu też żałuję, że nie poczekano jednak, aby urodziło się samoistnie, może później, ale samo. Być może też nie byłoby całe, ale byłabym spokojniejsza. Tak więc konieczne było łyżeczkowanie. Potem miałam czas na odpoczynek (wypiłam przygotowany w termosie rosół dla odzyskania sił), karmienie synka i pierwsze chwile radości naszej powiększonej rodziny, co oczywiście było niezapomnianym przeżyciem. Synek miał bardzo mocny odruch ssania od samego początku. Jak na razie (synek ma teraz 11 tygodni) bez problemu karmię piersią, no może poza stresem drugiego dnia po porodzie, gdy chyba nie miałam pokarmu (synek dużo płakał, denerwował się po przystawieniu do piersi, nie przybierał), ale wytrwale prosiłam, aby nie podawano mu pokarmu z butelki, piłam herbatki pobudzające laktację, mąż mi rozmasował piersi, pomodliliśmy się i mleko popłynęło! Do dziś (11 tyg.) synek już podwoił swoją masę z dnia wyjścia ze szpitala!
 
Tak wyglądał poród. Natomiast zaskoczył mnie czas po porodzie. Ból przystawiania do piersi był ogromny - przy przystawianiu oddychałam szybko "jak piesek" i napinałam się jak przy skurczach porodowych, nieraz płakałam z bólu, ale pomogło mi głębokie, wolne oddychanie, o którym wspominała również Ewa i opuszczanie ramion, czyli rozluźnianie się. Ból przystawiania do piersi stopniowo malał przez około 3 tygodnie. Ból krocza, szczególnie łechtaczki, utrzymywał się dwa tygodnie i tyle też leżałam. Choć miałam tylko drobne otarcie błon śluzowych, miałam założone szwy, które, zanim nie zostały ściągnięte w szóstej dobie, bardzo mnie ciągnęły. Na szczęście bóle poporodowe nie przeszkodziły mi w opiece nad synkiem i karmieniu piersią. Adrenalina bardzo pomagała w nowych obowiązkach :) W szpitalu położna Kasia okazała mi po porodzie sporo ciepła i pomocy, a domu pomoc męża i mojej mamy okazała się konieczna, za co jestem im bardzo wdzięczna. W najtrudniejszych chwilach używałam lodu na krocze oraz brałam ibuprom i paracetamol, a na bolące brodawki oliwę z oliwek, która bardzo skutecznie je zmiękczała i goiła. Chyba psychicznie nie byłam gotowa na bóle poporodowe, które w przeciwieństwie do porodu trwały długo i były dla mnie niespodziewane. Chyba za mało czytałam lub za mało pytałam o okres połogu. Jednak chwała Bogu, bóle oczywiście minęły, ale ich doświadczenie myślę mnie wzmocniło. Synek jest zdrowy i cudowny. Cieszę się z naturalnego porodu. Jeszcze raz dziękuję Pani za wsparcie w całym cudownym procesie dochodzenia do macierzyństwa, mężowi, mamie i Ewie Nowakowskiej za ogromne wsparcie, a także Bogu, który jest wspaniałym Stwórcą i cudownie zaplanował cud narodzin.

Chciałabym podziękować dr. Preeti Agrawal za pozytywną opiekę lekarską. Zawsze wychodziłam z gabinetu podbudowana, z poczuciem, że otrzymałam odpowiedzi na nurtujące mnie pytania i z pozytywnym spojrzeniem na zbliżające się przeżycia związane z urodzeniem mojego synka.

W sprzedaży:

Cesarskie cięcie a poród naturalny

30zł

Zamów

Odkrywam Macierzyństwo - nowe wydanie, uzupełnione

35zł

Zamów

Zdrowa dieta dla kobiet w ciąży

10zł

Zamów

Dieta po porodzie

7zł

Zamów

Przygotowanie do naturalnego porodu poprzez wizualizację.

30zł

Zamów

Poród w harmonii z naturą

35zł

Zamów

Dotyk miłości. Masaż niemowląt.

35zł

Zamów
Zobacz więcej pozycji
tworzenie stron internetowych - abryser.pl
desinger Krzysztof Liter